Quo vadis, #instamatko?

„Za bardzo się przejmujesz” – mówi mi czasem moja żona, gdy brnę w odmęty Internetu, szukając najlepszych produktów dla naszych pociech. Nigdy nie chciałem być rodzicem nadopiekuńczym. Uważam jednak, że czasy, w których żyjemy i zatrute środowisko wymagają od nas wzmożonej czujności. A najlepszym i najłatwiej dostępnym  źródłem informacji jest dziś, niestety, Internet.

Pytania do Google

Dlatego też bywa, że Google wessie mnie na długie godziny, przez co inne ważne rzeczy leżą odłogiem. Ale cóż mogę poradzić, że spędzają mi sen z powiek pytania, takie jak: „Czy butelki, z których piją moje dzieci są wolne od BPA?”, „Czy do wyprodukowania ubrań, które noszą, nie wykorzystano szkodliwych substancji?”, „Czy zabawki, które biorą do buzi, nie są toksyczne?” Podczas moich wycieczek po bezdrożach Internetu szybko przekonałem się że dobrym źródłem wiedzy rodzicielskiej jest dziś Instagram. To tu rodzice nawzajem udzielają sobie dobrych rad, pocieszają i dzielą radościami. Choć zawsze wzbraniałem się przed mediami społecznościowymi, w końcu uległem i założyłem konto na Instagramie. Czego się nie robi dla dzieci. Wybrałem sobie kilka zacnych profili, które chcę obserwować i co jakiś czas sprawdzałem, co nowego. Dzięki tym wirtualnym wycieczkom zastosowałem parę naprawdę świetnych rodzicielskich rad i zakupiłem dobrej jakości rzeczy dla potomstwa.

Problem z Instagramem

Szybko zaczęło mnie to jednak męczyć. Zrozumiałem, że Instagram to nie miejsce na autentyczne wymienianie się doświadczeniami. Dałem się ponieść sztucznie wykreowanej rzeczywistości. Zauważyłem, że profile, których autorki początkowo pisały szczerze, powoli przemieniają się w gazetki reklamowe. Powód? Rosnąca liczba obserwujących profil ściągnęła zainteresowanie firm, chętnych zamieścić reklamę. Zrozumiałem, że tymi kobietami, bo to one głównie na Instagramie się udzielają, nie kieruje przyjaźń, choćby tylko wirtualna, ale całkiem prawdziwa mamona. To do dla niej gotowe są wystawić prywatność swoją i swoich rodzin na przetarg. Czasami aż dziw bierze, do czego potrafią się posunąć właścicielki tych kont, by zdobyć więcej lajków na swoim profilu. Rozlać na stole odpowiedniego koloru płyn, by móc napisać: „Zobaczcie, co zrobiło moje dziecko! Wchodzę do kuchni, a tu zasikany stół!” Ganiać cały dzień po łące, by uśmiercić płaza i opublikować post: „Nie mam już siły do tego urwisa! Znalazłam pod jego łóżkiem martwą żabę…” Śmieszne i straszne zarazem. A lajki rosną.

Dobry interes?

Czy nam się to podoba czy nie, zjawisko to jest prawdziwe, a hasztag #instamatka wymienia się już w kontekście zawodu. Ja jednak chciałbym zapytać: „Quo vadis, #instamatko? Kobieto, która handlujesz zdjęciami swoich niczego nieświadomych dzieci, quo vadis? Czy wy instamatki, naprawdę nie zdajecie sobie sprawy, że po drugiej stronie łącza są kobiety z krwi i kości, które wpędzacie w depresję? Pokazujecie swoje wychuchane mieszkanka, pachnące farbą pokoiki, dzieci wystrojone w ciuszki świeżo przysłane od reklamodawców. A czytająca to kobieta, która ledwie wiąże koniec z końcem pyta samą siebie: „Dlaczego ja nie potrafię tak żyć?” To proste, moja droga. Nie potrafisz, bo nikt tak nie żyje naprawdę. Hasztag #instamatka to tylko bajka na miarę współczesnych czasów. Rozbuchana reklama. Skasowałem już swoje konto na Instagramie. Idę żyć.