Zanim posadzisz dziecko przed telewizorem, pomyśl: nuda wcale nie jest taka zła

Czy trzymiesięczne dziecko może oglądać telewizję? Okazuje się, że może. W Stanach Zjednoczonych 40 procent maluchów w tym wieku regularnie jest sadzanych przed odbiornikiem. I mimo że nic nie kumają, to telewizja wydaje im się niezwykle kusząca. Rodzicom również.

Kiedy mieliśmy już dość pokoju Zu (ileż można!), zapakowaliśmy ją w kocyk i ułożyliśmy na kanapie w innym pokoju. Tam, gdzie centralne miejsce zajmuje telewizor. To chyba wtedy Zu po raz pierwszy zobaczyła ładne, migające bez ładu i składu obrazki, wydobywające się z czarnego „czegoś”.

Chyba jeszcze nigdy nie była tak wyciszona i skupiona… Kuszące, prawda? Jasne. I wielu się skusiło, zastępując nudę i w ślad podążającą za nią zabawę, elektroniczną nianią z prawie nieograniczonymi możliwościami.

Moim celem nie jest to, żeby Zu wyrosła na laboratoryjnie modyfikowanego królika, ale jeśli mogę zrobić coś, żeby uchronić ją przed konsekwencjami nieprawidłowych rodzicielskich zachowań, to będę starał się to zrobić, a od dziś będzie to odcięcie Zu od telewizji, do momentu, w którym będzie to bezpieczne.

Dwuletni post na telewizję w obecności dziecka uważam za rozpoczęty.

(choć nie łudźmy się, że zdołamy wytrwać w tym postanowieniu bite dwa lata)

W jego realizacji powinno pomóc kilka badań, z którymi zapoznałem się przy okazji dość pobieżnej lektury „Teleogłupiania” Michaela Desmurget. Największe chyba wrażenie zrobiło na mnie zdanie: „Wyobraźcie sobie substancję stosowaną w celach rozrywkowych, której zażywanie znacznie zwiększałoby ryzyko otyłości, nikotynizmu, alkoholizmu, zaburzeń snu, samobójstw, ryzykownych zachowań seksualnych i zaburzeń żywienia (anoreksja, bulimia). Czy przeszłoby wam przez myśl otworzyć dla niej drzwi waszego domu? Zgodzilibyście się podawać ją swoim dzieciom?”

Wniosków z lektury płynie wiele. W skrócie:

Wbrew powszechnie panującej opinii telewizja typowo dziecięca, taka, w której na okrągło emituje się bajeczki, nie nadaje się do oglądania przez kilkumiesięczne dzieci. Kiedyś z ciekawości włączyłem jeden z takich kanałów. Kilka minut – tyle wytrzymał zdrowy, całkiem duży, trzydziestoparoletni facet. Jaskrawe kolory, dźwięki nie do zniesienia, szybka akcja, kosmici, strzelanka, błyski i wybuchy. Pisu, pisu, pisu! Jeb, jeb, jeb! Nie posadziłbym przed czymś takim dziesięciolatka, nie wspominając o kilkumiesięcznym dziecku.

Zapytacie więc: co jeśli moje dziecko płacze? Niech płacze. Brak telewizora nie zrobi mu przecież krzywdy.
Będzie za to lepiej spało, będzie miało bogatszy język, nie będzie przestymulowane, przyzwyczajone do szybkiego życia i jednocześnie szybkiego nudzenia się. Słowem: będzie zdrowsze. Skoro 60 latek spędzający cztery godziny dziennie przed telewizorem jest dwukrotnie bardziej narażony na zawał niż jego rówieśnik gapiący się w ekran jedynie dwie godziny dziennie, to wyobrażam sobie jakie spustoszenie może siać telewizja w organizmie dziecka.

Lepiej niech ponudzi się w łóżeczku, bo nuda – mimo że czasem my sami jej nie znosimy – może mieć pożyteczny wpływ na malucha. Zostawiasz je wtedy samo ze sobą. Rozwija się wyobraźnia. Ma czas na to, żeby zapoznać się ze swoimi ruchami i z tym co dzieje się dookoła. Z tym, na podstawie czego czerpie przecież wiedzę o świecie.

Z pokazaniem telewizji lepiej się nie spieszyć. Amerykańscy pediatrzy odradzają jej oglądanie przez dzieci poniżej 2. roku życia.

A co później? Jeśli już, to tylko i wyłącznie na przykładzie „Przygód kota Filemona” lub innych genialnych bajeczek z PRL-u. I nie więcej niż kilka minut dziennie. Poza tym, założę się, że to ty chciałbyś wytłumaczyć kilka aspektów z życia swojemu dziecku, a nie wyręczać się głupkowatymi reklamami, prawda?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *