Nie jestem niezwyciężony. W pogoni za kondycją

Już za kilka miesięcy przyjdzie mi zmierzyć się z niewyspaniem, zmęczeniem i ogólnym rozdrażnieniem. Byłoby dobrze się przygotować. Nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Nabrać kondycji i nie poddać się zadyszce podczas pchania wózka.
Nie ma nic lepszego niż poranna przejażdżka na rowerze po pachnącym lesie. Cisza i spokój. Jako amator rowerowej jazdy i facet, który na wszelką ewentualność woli być przygotowany, postanowiłem zmierzyć się ze swoim ciałem i spróbować jazdy po bezdrożach. Wyprowadziłem więc z garażu rower wyposażony w napęd zachęcający do nieco agresywniejszej, terenowej jazdy, ustawiłem nawigację i wypuściłem się na wolność na półtorej godziny. Kompletnie nie znając trasy. Ale do tego służył GPS.

Początkowo plan był jeden: udać się w pobliskie góry i jeździć kilka godzin. Niestety napotkałem przeszkodę. Nie będziesz jeździł po górach – powiedziała. To niebezpieczne. Pomyśl, co będzie, kiedy ci się coś stanie. Pewny swoich rowerowych umiejętności przyjąłem te obawy z przymrużeniem oka. Jakie niebezpieczeństwo może w końcu czekać rowerzystę, który wspina się na 922-metrowy szczyt? Kondycja – pomyślałem – teraz będzie mi potrzebna.

Dla świętego spokoju wybrałem trasę nieco mniej wybitną – po zboczach 541-metrowego beskidzkiego masywu. Jak się jednak okazało, nie wszystko to, co mniejsze, musi być mniej niesforne (zapamiętajcie, panowie, tę złotą zasadę).

I stało się…

pow-1601674_960_720

…do domu wróciłem kontuzjowany – obdarte ramię, stłuczona łydka, udo i biodro. Klejnoty nienaruszone, kask też zrobił swoje. No i błoto, ale ono akurat sprawiło, że czułem się jak prawdziwy profesjonalista. Takie oto były skutki przekoziołkowania przez kierownicę podczas kontrolowanego zjazdu z wykorzystaniem odblokowanego amortyzatora… i napędu zachęcającego do agresywniejszej jazdy.

A nie mówiłam? – przywitał mnie czuły, kojący głos.

Kilka dni zajęło mi dojście do dwóch wniosków:
– po pierwsze – trzeba przestać podejmować się ryzykownych działań, nawet tych rekreacyjnych.
– po drugie – nie jestem niezwyciężony, mimo że moje kości są twarde i nigdy nie doznały złamania. Jako facet już dawno po trzydziestce, muszę powoli nabierać świadomości, że czas nie będzie biegł wstecz. Choć to nie znaczy, że nie czuję się młodo.

Na kilka tygodni przed pojawieniem się Zu dotarło wreszcie do mnie, że opieka nad dzieckiem to także opieka nad samym sobą i odpowiedzialność za samego siebie. Następnym razem, mimo wyraźnego zakazu ze strony A., i tak wybiorę się na rower. Z tą różnicą, że GPS ustawię na łagodne zjazdy.

A gdybym tak złamał nogę? Kto by zawiózł A. do lekarza? Kto zrobiłby zakupy? Kto złożyłby mebelki?

3 thoughts on “Nie jestem niezwyciężony. W pogoni za kondycją

  1. :):):) a ja myślałem, że mój „czuły, kojący głos” jest jedyny w tej materii. U mnie rower niestety nadal stoi i zbiera kurz w piwnicy, za to doszedłem do wprawy w operowaniu wózkiem, wypracowałem świetny system spacerów z córką oraz całkiem niezłą trasę. Pracuję usilnie nad przekroczeniem granicy magicznej setki, ale tym razem w dół skali ;).
    Pozdrawiam

    1. Uwierz, nie jest jedyny 🙂
      Dobry pomysł z tym wózkiem – pewnie pracują wszystkie mięśnie, więc może to lepsze niż nordic walking 🙂
      Powodzenia w zbijaniu „setki”!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *