Sharenting: czy publikować zdjęcia dzieci w internecie?

Dopóki nie zagłębiłem się w temat zdjęć dzieci w internecie, nie wiedziałem, że potrafi on wywołać aż tyle dyskusji. Okazuje się, że sharenting to kontrowersja urastająca do niewyobrażalnej wręcz rangi. Prawie każdy ma coś do powiedzenia: jedni bronią, inni krytykują, jeszcze inni – hejtują.
Jest więcej minusów niż plusów, z czego te ostatnie wydają się być nieco jałowe. Po co rodzice publikują zdjęcia dzieci w Internecie? Czy oby nie ma w tym trochę ekshibicjonizmu, a jeśli nie to co się za tym kryje? A może chodzi tylko o uchwycenie beztroski dziecięctwa? Odpowiedzi jest pewnie tyle, co rodziców decydujących się na taki krok. Ich niepodważalnym prawem jest robić to, co uznają za słuszne lub dobre dla swojej pociechy.

Może jednak dadzą się przekonać, że to wcale nie jest dobry pomysł.

Kiedy sam byłem dzieckiem, o Facebooku nikt nie słyszał (właściwie to nikt jeszcze nie słyszał o Zuckerbergu) więc moi rodzice oszczędzili mi wystawienia na publiczny widok mnie siedzącego na nocniku z miną zamyślonego Izaaka Newtona. W albumie jest sporo starych fotografii, ale to była era analogowa z ograniczoną możliwością dzielenia się, więc byłem spokojny – co najwyżej jedna z zachwyconych urokiem bobasa ciotek czasem pogłaskała mnie po głowie. Tymczasem, o zgrozo, ileż to starych zdjęć z kliszy ląduje najpierw w skanerach, a potem w mediach społecznościowych! Ileż to wymaga odwagi, żeby pokazać się z tej nieznanej, dziecięcej strony! Ileż trzeba jej mieć, żeby wrzucić zdjęcie własnego dziecka… Ot, sharenting, nowa moda.

Powód pierwszy: nie chciałbym, żeby kiedyś córka miała mi za złe moje własne internetowe rozpasanie.

Jakiś czas temu jedna z austriackich 18-latek pozwała własnych rodziców za to, że udostępnili na Facebooku ponad 500 zdjęć. Rodzice nie cofali się ponoć przed niczym, publikując najbardziej intymne sceny z życia dziecka i „szerowali” na potęgę w gronie 700 znajomych (czy ktoś w ogóle ma tyle w realnym życiu?). Wyniku procesu jeszcze nie znamy, ale znając prawne restrykcje w krajach starej Unii, możemy się spodziewać sądzenia na korzyść córki. Nie ma w tym nic dziwnego, bo choćby we Francji obowiązuje surowy zakaz publikowania zdjęć bez bezpośredniej zgody fotografowanego (dotyczy również dzieci) pod groźbą grzywny 45 tys. euro. Nie wspominając o więzieniu.

Powód drugi: sharenting może budzić niesmak

Kupka tu, kupka tam, berbeć umorusany marchewkową mazią lub z kompocikiem. Do tego dziesiątki zdjęć z sesji noworodkowej – z kokardką na głowie, bez kokardki. Zazwyczaj – uwaga – nago. Po pierwsze, to razi. I o ile jeszcze zrozumiem jedno, no, dwa lub trzy zdjęcia, o tyle bałagan na facebookowej ścianie czasem jest nachalnie nieznośny i przypomina kuriozalną, stockową bazę zdjęć.

Powód trzeci: child goes viral

sharenting

Sharenting to doskonała pożywka dla wszelkiego rodzaju memów. Zróbcie eksperyment. Wpiszcie w wyszukiwarce frazę baby meme, wybierzcie opcję Grafika i zobaczcie, co się pojawi. Sporo tego, prawda? Czy to odpowiednie miejsce dla niemowlaka? Nie wiem, czy rodzice byliby zachwyceni, gdyby ich dziecko rozpętało burzę popularności w internecie i było przekazywane z rąk do rąk z podpisami, których nikt nie kontroluje i które w równej mierze mogą być zabawne, co wulgarne. Może dla niektórych z nich byłby to powód do dumy.

Powód czwarty: prywatność

Każdy ma prawo do prywatności, tym bardziej dziecko, które jeszcze nie może decydować samo za siebie. Samo się nie obroni, nie będzie miało argumentów, nie wyrwie komórki z rąk tatusia, nie usunie posta. Dotyczy to nie tylko zdjęć, ale także tego, co piszemy. Trzeba sobie zatem zadać zajebiście ważne pytanie: czy nie zdradzam zbyt wiele?

A teraz najcięższy kaliber. Powód piąty, najważniejszy

Pamiętam kampanię społeczną „Dziecko w Sieci”, która w 2004 roku zdobiła przystanki w każdym większym mieście w Polsce. Zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że sam zacząłem mieć bzika na punkcie zachowania prywatności. Z pewnością kojarzycie tę grafikę. Otyły jegomość, na oko ze 40 lat, przed komputerem w przygarbionej pozie „fachowca od tyłu” piszący: Cześć Aniu, tu Wojtek też mam 12 lat. Chętnie Cie poznam. Macie już ciarki? Bo najwięcej zdjęć w zbiorach pedofilów pochodzi właśnie z internetu. Czy chcielibyście, żeby wasze dziecko w takim zbiorze się znalazło?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *