Instamatka

Quo vadis, #instamatko?

Żyjemy w kulturze znaczników. To, co nie ma hasztaga, jest niepełne, średniowartościowe i mniej cool. Taki świat.

Wieczór. Przeglądam sobie Instagram (pamiętajcie: @tataluka_pl, też się oznaczyłem, też używam hasztagów) i zastanawiam się, czy nie pokazuję wam zbyt dużo. Nigdy nie pokazałem wam swojej córki i to nie zmieni się nigdy. Kiedyś już to wyjaśniłem. Siebie też staram się nie pokazywać, bo pracując w mediach niemalże od 10 lat nauczyłem się, że – paradoksalnie – im mniej, zwięźlej, bardziej przejrzyście, tym lepiej. Nie piszę dla lansu, ale po to, że może jakiś ciekawski młody rodzic zajrzy i przeczyta coś, co może uzna za wartościowe, coś, dzięki czemu dowie się CZEGOŚ i co nie jest przy okazji okraszone moją gębą. Nie wykluczam jednak, że może kiedyś zobaczymy się na fejsie.

Skoro dziś programy typu Big Brother są passe, to trzeba było czymś wypełnić lukę. Rynek nie znosi przecież próżni. Siedzę więc i myślę nad tymi wszystkimi mamami, które same zwykły hasztagować się jako instamatki. Pokazują, jak żyją. Skrzętnie dokumentują każdy krok swojego dziecka. Instagram podpowiada: 15 godzin temu jedna z popularnych instamam wrzuciła zdjęcie, jak kapie się w wannie z dwójką chłopców. Jeden wygląda, jakby był właśnie przyssany do cyca. Choć cyca nie widać. Świeży temat, a już prawie trzy tysiące klikniętych serduszek. Trzy tysiące ludzi siedzi w łazience i gapi się na kompletnie nagą mamę i jej dzieci.

Czasami dodają jeszcze coś w rodzaju #polishgirl. To przecież wygląda jak banał z wyszukiwarki porno… Ale nie ma się co dziwić: wszyscy mniej więcej od 2014 roku zaczęliśmy stosować krzyżyki. To tak, jak gdybyśmy powoli stawali się niepiśmienni. Publikujemy zdjęcia i filmy, by natychmiast oznaczyć je magicznym „#” po to, by zobaczyło nas jak najwięcej ludzi.

Pamiętacie historię pewnej rodziny z Poznania, która zamontowała w swoim mieszkaniu kamerę i pozwoliła się podglądać przez 24 godziny na dobę? Tak było w 2015 roku. Finalnie transmisję przerwano po dość krótkim czasie – tak nakazał rodzinie sąd po rozpatrzeniu wniosku rzecznika praw dziecka. Czym różni się więc tłum mamusiek, które co chwila pykają zdjęcia na insta od rodziny z Poznania? Tylko i wyłącznie środkiem wyrazu. Motywacja w obu przypadkach jest zapewne jedna: kasa.

Tymczasem przekrój instamatek, w zależności od specjalizacji, jest całkiem spory i wymaga rozróżnienia. Dominują trzy trendy:

#instalans

W przypadku instamatek stawiających na lans, kasa ściele się gęsto. One raczej nie cofną się przed niczym, żeby pokazać nowe zakupy, pochwalić się nową fryzurą lub po prostu zdać relację z tego, jak miło się wstawało z łóżka i jak miło jest nie iść do roboty. Chętnie sprzedadzą też wizerunek swoich dzieci. Oczywiście za odpowiednią kwotę. Za mniej niż tysiąc nie opłaca się nawet unosić do zdjęcia ajfona. Bycie instamatką dawno przestało być wynikiem macierzyńskiej nudy i stało się pracą. Zazwyczaj co najmniej 12 godzin na dobę, choć starają się o tym nie mówić. Żyją jak przeciętna polska rodzina, czyli wypasiona kredytowana chata na przedmieściach, ciuchy dostarczone przez Zarę (minimum), no i jakiś samochód – w zależności od tego, co podrzuci producent. Ostatnio jedna z blogerek-instamatek próbowała mi wcisnąć zafirę. Kurwa. Zafirę!

[gadam na papierosie z kolegą, któremu niebawem urodzi się dziecko. Kolega mówi: – Ty, wiesz co mi się śniło? – Co? – pytam. – Że musiałem kupić zafirę albo szarana – odpowiada przerażony]

Żal mi też tych biednych facetów, którzy czasami muszą robić jako modele. Kozaczki, torebunia, neseserek, maślane oczy, usteczka w dziubek… Kastracja totalna.

Złota zasada: ma być pięknie i idealnie. Zawsze!

Czego nie zobaczysz na profilu insta: osranych pieluch i depresji poporodowej

#instaseks

Mistrzynie ekshibicjonizmu. To chyba najwęższa grupa, bo nie wszystkie mamy są tak odważne. Jednocześnie to moja ulubiona kategoria, do kości odarta nie tylko z intymności, ale czasem przyzwoitości.

Na ekranie telefonu wyświetla się zdjęcie wytatuowanej brunetki. Widać, że potrafi o siebie zadbać. Sporo ćwiczyła nad sylwetką. Facetom podobają się takie kobiety. Kształt biustu sugeruje, że była jakaś przygoda ze skalpelem. Duży, bardzo duży dekolt. Co tu dużo gadać: jest po prostu sexy.

Jednak po tym, jak scrollujesz stronę w poszukiwaniu kolejnej porcji zadziornych zdjęć dowiadujesz się, że to czyjaś matka. I żona. Nie żadna Kate Upton z sesji w Sports Illustrated, ale nasza poczciwa Matka Polka. Zadaję więc w myślach retoryczne pytanie mężowi owej #polishgirl: jakie to uczucie, kiedy twoja kobieta wystawia się na widok – nomen omen – publiczny? Czy jeśli zupełnie obcy facet siedzący przed komputerem powie o twojej kobiecie „fajna dupa”, to poczujesz się dowartościowany i pochwalisz się kolegom?

Myślę sobie też: kiedy te dzieciaki pójdą do szkoły średniej, ich mama będzie wyglądała jak Pamela Anderson w swoich najlepszych czasach. Ciekawe jak zniosą uwagi swoich kolegów.

Złota zasada: sex sells

Czego nie zobaczysz na profilu insta: twarzy bez makijażu

#instamądrość

Z instamądrymi matkami mam spory problem. Bo z jednej strony naprawdę można dowiedzieć się czegoś ciekawego na temat rodzicielstwa, poznać materię z innej perspektywy lub nawet nauczyć się czegoś, co warto wdrożyć do swojego życia. Z drugiej jednak strony czasem piszą tak, jakby pozjadały wszystkie matczyne rozumy na świecie. Przykład? Bardzo cenię jedną z blogerek, która promuje karmienie piersią. I choć ma, jak każdy inny bloger, swoje interesy marketingowe, to ma w sobie upór, konsekwencję, umiejętność edukacji matek, które szukają pomocy w rozwiązaniu problemów z karmieniem. Problem w tym, że kiedy czytam bloga (zastanawiacie się pewnie czego facet szuka na blogu traktującym o karmieniu piersią…), to mam wrażenie, że autorka kreuje się na nieomylną i bywa cholernie natarczywa w kreowaniu postaw swoich czytelników. A ja lubię mieć wolność w decydowaniu o tym, co będzie jeść moje dziecko bez narażania się na nieomylną krytykę. Chętnie sprezentowałbym jej esej O wolności J. S. Milla. Podobnie jak wszystkim – bez wyjątku – blogerkom modowym.

Złota zasada: prawda jest tylko jedna. Moja!

Czego nie zobaczysz na profilu insta: cycków

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *