Ojcostwo naznaczone macierzyństwem, czyli jak nie stać się matką

Ojcostwo… kilka dni temu zacząłem się nad nim głębiej zastanawiać. I nad swoją rolą w pielęgnowaniu córki. Wyszło, że niektóre rzeczy robię po prostu źle.

Pierwsze tygodnie z noworodkiem zazwyczaj upływają w odnalezieniu się w nowej roli. Zu wywróciła wszystko do góry nogami – i już nie wspominam o rzeczach tak banalnych, jak szabrowanie sklepowych półek w poszukiwaniu pieluch na promocji, ale o tym, że ojcostwo to poważna rola i na swoje dotychczasowe życie trzeba było spojrzeć inaczej. Inaczej na możliwości spędzania czasu wolnego i pracy, przyjemności i obowiązków, inaczej na relację z mamą Zu.

Gdyby tylko w cycku faceta było mleko, to prawdopodobnie różnica między ojcostwem a macierzyństwem byłaby niezauważalna. Przy okazji dziecko pewnie byłoby jeszcze bardziej skołowane. Może nawet bardziej niż w momencie, kiedy opuszczało brzuch mamy. Dlaczego w piersi faceta nie ma zatem mleka? Proste – bo facet się do tego nie nadaje.

Dzielenie się rodzicielskimi obowiązkami niesie za sobą pewne niebezpieczeństwo. Ojciec nie może – albo raczej nie powinien – odbierać roli matce. Może zabrzmi to głupio, ale może my, faceci, nie powinniśmy przesadnie (!) dbać o swoje dzieci? Może nie powinniśmy zastępować im mam? Może wystarczy, jeśli będziemy potrafili zmienić pieluchę w razie potrzeby, odbić dziecko po karmieniu, wytrzeć buźkę, kiedy się uleje i pobujać, kiedy płacze. Może nie powinniśmy wyrywać z rąk naszych kobiet córek czy synów i na siłę demonstrować stuprocentową gotowość do matczynej miłości. Może po prostu powinniśmy kochać swoje dzieci po męsku?

Jedną z najgorszych rzeczy, która może się przytrafić ojcu jest przejęcie tego wszystkiego, co jest matczyne. Nikt tak dobrze nie zajmie się dzieckiem jak mama. My mamy inną rolę do spełnienia. My pokazujemy świat i to, jak się w nim odnaleźć. My jesteśmy odkrywcami. My mamy w sobie moc Dartha Vadera, mądrość Yody i wrażliwość Obi Wana. Nie mamy za to cycków, więc lepiej jak najszybciej znajdźmy złotą proporcję między byciem tatą, a byciem tatą z naleciałościami bycia mamą. Nie chodzi o to, by na patriarchalną modłę wracać z roboty, włączać telewizor i z drugiego pokoju nasłuchiwać zawodzeń malucha. Chodzi o tę delikatną proporcję, która emocjonalnie czyni nas ojcami, nie matkami. Matka jest w końcu tylko jedna.

Wystarczy mieć to przekonanie, że możemy, umiemy, potrafimy. Na resztę przyjdzie czas. Zu pewnie szybciej nawiąże więź z mamą. Bo karmi i spędza z nią najwięcej czasu. Ja sam do akcji wkroczę nieco później, ale taka jest już rola ojca, który stoi na początku trochę na uboczu. Do momentu, w którym nie zacznę bawić się z Zu grzechotkami, do momentu, w którym nie zostanę jej bohaterem, kompanem i facetem, który wszystko wie najlepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *