Ratunku, dziecko się do mnie nie uśmiecha

Dzień jak co dzień. Wchodzę do domu i tuż po zdjęciu butów idę przywitać się z Zu. Podchodzę do łóżeczka i mówię najczulej jak tylko potrafię czeeeeeść. I co? Nic. Zero reakcji.
Nie spędzam w domu całego dnia. Czasem Zu budzi się, kiedy wychodzę do pracy o 6 rano. Jest zaspana i pewnie jej wszystko jedno, kto przebiera jej pieluchę. Wracam zazwyczaj o 17, na dwie lub trzy godziny przed porą snu. Ciężko nadrobić cały dzień, więc nasza zabawa przypomina przyspieszony kurs obsługi pluszaków z guziczkami.

Od kilku dni próbuję przekonać Zu do uśmiechu. Staję na głowie, robię idiotyczne miny, opowiadam o głupotach, wykonuje wszystko to, co jakiś czas temu powodowało, że się uśmiechała. Tymczasem teraz gapi się na mnie jakby chciała zapytać: ktoś ty?

I jak już zaczyna mnie boleć gardło od pochwalno-błagalnych peanów na cześć maleńkiej Zu, do łóżeczka podchodzi mama. Wypowiada jedno, dwa słowa, a Zu zaczyna się śmiać jak oczarowana.

WTF?

Czuję się trochę idiotycznie, tak, jakbym własną córkę próbował do siebie przekonać. Na świadomym poziomie niby wiem, że nie ma mnie w domu i to mama jest pierwszym wyborem, a tata pełni rolę wspomagacza w myciu butelek, konserwacji podgrzewaczy i laktatorów.

Ojcostwo jest dyskryminowane. Również przez dzieci.

Chyba już jest taka rola ojców. Trochę na uboczu. Oprócz tych, którzy idą na urlop tacierzyński, rzecz jasna. Kiedyś, pewien ojciec z tytułem doktora, powiedział mi, że relacje matki z dzieckiem i ojca z dzieckiem są diametralnie różne. Na ojca przychodzi czas trochę później i ten musi uzbroić się w cierpliwość.

UPDATE

Po kilku podejściach wreszcie się udało, choć potrzeba było kilku samolotów, podnoszenia, opuszczania i latania po mieszkaniu. Ale i tak czuć dystans. No, chyba że zmieniam pieluszkę. Wtedy Zu chwali się umiejętnością robienia mostków z nieskrępowanym uśmiechem na twarzy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *