dlaczego chcemy byc najlepsi

Dlaczego chcemy być najlepsi?

Co to jest megalomania? Wystarczy sięgnąć po słownik języka polskiego. Postawa charakteryzująca się przecenianiem własnej wartości, swoich zasług; zarozumiałość, pycha, mania wielkości.

Byłoby fajnie, gdybym miał jak najwięcej lajków, subów, łapek w górę na dziesiątkach serwisów społecznościowych. Byłoby fajnie, gdybym mógł nazwać się najlepszym. Czasem przeceniam własną wartość, do zasług – przynajmniej w postaci odznaczeń o prezydenta – jeszcze mi daleko. Okej, jestem czasem pyszny i zarozumiały. To ostatnie trochę częściej… Taki jestem. I z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że nie jestem najlepszy – ani jako bloger, ani jako kierowca, ani jako mąż, ojciec, pracownik, syn, brat czy obywatel RP. Może nawet jestem tym z grona gorszego sortu, choć do dziś nie wiem, jakie cechy warunkują znalezienie się w tej grupie.

Do ideału zbliżam się tylko w jednym – nałogowym paleniu, co chętnie wytyka mi żona, kiedy chce podkreślić to, że nie jestem idealny. Żaden to książę z bajki, który capi papierosami na kilometr.

A, jestem idealny jeszcze jako przyszły emeryt, świadczeniobiorca ZUS, bo odprowadzam niezbędne składki.

PRIMA SORT – BLOGI PARENTINGOWE

W związku z tym, że w internecie siedzę od dziecka, to blogosferę śledzę równie długo. Teraz przyszedł czas na podpatrywanie tego, co robi konkurencja, czyli szeroko pojęta masa parentingowa. Blogi dla rodziców potrafią być naprawdę świetne, ale można by je policzyć na palcach u jednej ręki. Tymczasem wyszukując treść w Google moim oczom ukazuje się przytłaczający ogrom internetowych pamiętników, jak to zwykło się mawiać kilka lat temu, z dopiskiem „NAJLEPSZY”, „NAJPOPULARNIEJSZY” lub „NAJWIĘKSZY”.

Próbowałem podejść do tego zjawiska w sposób matematyczny, jak najbardziej racjonalny. I wyszło mi, że najlepszy może być tylko jeden. Całkiem logiczne, biorąc pod uwagę możliwości statystycznego mierzenia odpowiednich parametrów. I z pewnością jest ten jeden, jedyny, mam nawet swój typ, ale zachowam go dla siebie. Dlaczego więc konkretni blogerzy i blogerki uważają się za najlepszych, skoro takimi uważa się jeszcze co najmniej kilka innych? Trąca mi tu groteskową manią wielkości, brakiem przejrzystości i jakąś niezaspokojoną potrzebą. Dlaczego o tym wspominam? Bo spore grono piszących w internecie stało się już autorytetami dla rodziców, którzy często szukają najwartościowszych opinii. Gdzie mamy je w końcu znaleźć skoro wszystkie blogi, strony, serwisy są naj, naj?

PRIMA SORT – RODZICE

A teraz dostanie się rodzicom. Bajerancki wózek, zdjęcia spod palm z wymęczonym z upału maluchem, lans na Instagramie. Najlepsze kosmetyki, najlepsze pieluszki, jak klocki to tylko najdroższe, jak zakupy to tylko na amerykańskim Amazonie. Wszechobecna potrzeba bycia premium. Może i mamy hopla na punkcie zaglądania innym do portfela, ale po co komunikować wszem i wobec jego zasobność? Dzielić się w sieci przy okazji odzierając się z tej wspaniałej chwili JA I DZIECKO, nic poza tym. Czy pomiędzy mną a dzieckiem zawsze musi być smartfon z PERMANENTNYM dostępem do wi-fi i pstrykanie zdjęć w każdej możliwej pozie, z dziubkiem lub bez, z nóżką, rączką odchyloną raz o 30 stopni, a raz o 90?

Czy to że nie dokumentuję każdej minuty z życia swojego dziecka w internecie czyni mnie gorszym rodzicem? Czy to, że zamiast droższych chusteczek do pupy używamy najzwyklejszej, przegotowanej wody coś zmienia w tym temacie? Czy jeśli moja córka ma uczulenie na drogie pieluszki, to stosowanie tańszych wpływa na to, kim jestem jako rodzic? Że niby skąpiec? Lub biedak?

Nie to jest jednak najgorsze. Chyba najbardziej namacalnym przykładem są dzieci, często w wieku przedszkolnym, które rodzice wypychają do telewizji, żeby zaśpiewały jakąś piosenkę albo cos ugotowały. Po co? Dla fejmu. Nie znam innego wytłumaczenia. Tymczasem dziecko jest targane takimi emocjami, które zostają na lata. Dla producentów telewizyjnych taki układ jest w porządku i można przedstawić go według wzoru:

Są emocje -> jest oglądalność -> jest reklamodawca -> jest kasa.

Dla rodziców też jest w porządku – to oni w końcu podpisują umowy.

Obejrzałem kiedyś film dokumentalny o małych Chińczykach zmuszanych do granic fizycznych i psychicznych możliwości. Tylko po to, by byli jak najlepsi w gimnastyce. Chińskie kilkuletnie dzieci wykazujące ponadprzeciętne zdolności hodowane są jak zwierzęta, często bite i poniżane. Później zdobywają medale na olimpiadach, zazwyczaj kosztem własnego zdrowia. Dlatego należy im współczuć, nie gratulować.

Może ten przykład nie jest adekwatny do polskich realiów, ale przynajmniej w części udziela smutnej odpowiedzi na pytanie: NAJLEPSZY RODZICU JAK DALEKO SIĘ POSUNIESZ ŻEBY TWOJE DZIECKO BYŁO JESZCZE LEPSZE? Najlepszy rodzicu, będziemy ci współczuć, nie gratulować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *